Zbigniew Romaszewski - Logo Zbigniew Romaszewski
Romaszewski.pl: HOME / Publikacje / "Zapomniana polityka" - artykuł o sytuacji społecznej w Polsce

"Zapomniana polityka" - artykuł o sytuacji społecznej w Polsce

2000-02-24
Oficjalna strona senatora Zbigniewa Romaszewskiego

 

Zapomniana polityka

Artykuł napisany 24 lutego 2000 roku

 

Od redakcji: W naszym papierowym archiwum kopia tego artykułu opatrzona jest następującym dopiskiem: "Artykuł miał być ulokowany w "Nowym Państwie", ale "splot" nieszczęśliwych okoliczności na to nie pozwolił. Red. naczelny A. Arciuch w ostatniej chwili zdjął go." Redakcja postanowiła zamieścić ten dopisek bez komentarza.

Polska debata polityczna znajduje się dziś w stadium rytualnej gry. Starcia pomiędzy przeciwnymi blokami SLD z jednej strony, a AWS i Unią Wolności z drugiej, bardzo często zatracają jakikolwiek, merytoryczny sens debaty nad problemami kraju i ich rozwiązaniem. W atmosferze, w której jedni programowo głoszą sukces, a drudzy katastrofę, umyka z pola widzenia cały szereg spraw istotnych dla przyszłości państwa. Jedną z ofiar tej walki padła rzeczywista dyskusja nad stanem społeczeństwa.

Otóż na przykład karierę podczas debat parlamentarnych, a także w mediach robi w odniesieniu do sytuacji Polski słowo rozwój, przy czym zapomina się go uzupełnić przymiotnikiem „gospodarczy". Jakiekolwiek krytyka prowadzonej obecnie polityki zbywana jest tym właśnie słowem. No bo o czym tu gadać, kiedy kraj się przecież rozwija. To prawda. Nikt wykazujący dobrą wolę nie może zanegować rozwoju gospodarczego Polski. Wystarczy wyjrzeć na chwilę za granicę, na Słowację, do Czech nie mówiąc o Białorusi, Ukrainie czy Litwie by się przekonać naocznie, że Polska bardzo dobrze wykorzystała swą szansę. Można dyskutować o tempie rozwoju, o zagrożeniach, ale sam rozwój gospodarczy jest faktem, który łatwo udowodnić.

Zapomina się przy tym, że rozwój kraju to nie tylko gospodarka, ale również odpowiedni stopień skolaryzacji (i jej poziom), niska śmiertelność niemowląt, odpowiadająca standardom państw rozwiniętych długość życia, dostępność służby zdrowia, odpowiednie miejsce niepełnosprawnych w społeczeństwie, powszechność dostępu do dóbr kultury, produkcja naukowa czy wreszcie poczucie bezpieczeństwa i dostęp do wymiaru sprawiedliwości. Można by zresztą wymienić jeszcze wiele dziedzin. Rozwojowi w tych dziedzinach także się warto przyglądać, zwłaszcza, że obraz jest tutaj dużo mniej zachęcający.

Problemy bezpieczeństwa i wymiaru sprawiedliwości są dość powszechnie znane i być może coś się w tej sprawie wydarzy. Ale wiele jest pól niemal zapomnianych, a już z pewnością wykreślonych z pierwszego planu publicznej i politycznej debaty. Nikt mnie na przykład nie przekona, że mamy dziś do czynienia z rozwojem nauki polskiej. Co pewien czas profesor Kajetan Wróbleweki publikuje alarmistyczne wyniki swoich badań, wszyscy ze zrozumieniem kiwają głowami, bo wypada wyrazić troskę, po czym nie dzieje się nic. A jest to nie tylko problem wskaźników publikacji, czy liczby cytatów z polskich dzieł, to również problem atmosfery beznadziejności, którą po 15 lalach spędzonych w Instytucie Fizyki PAN doskonale wyczuwam. Kipiące kiedyś życiem i ambicjami placówki naukowe są martwe, wizyty w rozmaitych instytutach budzą we mnie podobne doznania jak wizyty na cmentarzu: uczucie przemijania i smutku. Wszyscy oczekują możliwości wyjazdu za granicę, nie jak kiedyś, żeby rozwinąć skrzydła i przy okazji dorobić się (o dorobieniu się raczej nie rna mowy), ale by uzyskać jakąkolwiek szansę samorealizacji i związania końca z końcem. No a jeśli wziąć pod uwagę tak popularne dziś u nas w każdej dziedzinie argumenty gospodarcze, to przecież nauka ma również istotny wpływ na rozwój gospodarki, choćby poprzez dostarczania niezwykłe kosztownego "know how" na razie głównie obciążającego nasz bilans płatniczy.

Już na tym pierwszym przykładzie widać, że rozwój nie jest jednak tak wszechogarniający, jak mówią pełni entuzjazmu ekonomiści i że warto by tej drugiej stronie medalu poświecić również trochę uwagi.

Jeszcze bardziej niepokojącym, a zwłaszcza szerszym zjawiskiem jest rosnące rozwarstwienie społeczne i powiększająca się sfera ubóstwa. Na pewno istnienie pewnej stratyfikacji społecznej jest niezbędne dla pobudzania aktywności gospodarczej społeczeństwa i popularne w PRL powiedzenie, „czy kto stoi czy kto leży dwa patyki się należy" nie sprawdza się w praktyce. Tym niemniej nadmierne nierówności powodują powstawanie napięć i grożą w przyszłości destabilizacją. Jest to więc ważny problem, który powinien być bardzo wnikliwie monitorowany i dyskutowany publicznie. To prawda, że mamy grupę bardzo dobrych specjalistów od polityki społecznej, jest Departament Warunków Życia w Głównym Urzędzie Statystycznym, jest zespół w Instytucie Finansów, jest prof. Józefina Hrynkiewicz, niestety obecności ich opinii i wiedzy w publicznych dyskusjach dostępnych przeciętnemu odbiorcy trzeba szukać z lupą. Odbiorca, taki natomiast z łatwością może się dowiedzieć, że pan Kotański zajmuje się bezdomnymi, którzy czasem zamarzają, albo że Jurek Owsiak dofinansowuje służbę zdrowia ratując chore dzieci przed śmiercią. Przy czym refleksja ogranicza się tu zazwyczaj do podziwu nad szlachetnością postawy dobroczyńców (w którą zresztą nie wątpię), ale nie zagłębia się w analizę przyczyn danej dramatycznej sytuacji. Nie mamy więc zwyczaju się zastanawiać przy okazji nad sytuacją w mieszkalnictwie i problemem ochrony lokatorów, albo budżetowymi dylematami służby zdrowia. Tak, tak, zwłaszcza nic co zatrąca o budżet krytyce nie podlega. Problemy być może i są - przyznaje spora cześć naszych opiniotwórczych elit, ale z pewnością nie maja nic wspólnego z taką a nie inną konstrukcją budżetu i taką a nie inną polityką gospodarczą. Po prostu dopust boży i tyle. Zupełnie jak w „Strasznych Mieszczanach" Tuwima wszystko widzą oddzielnie. Jeśli zaś zwolennicy gospodarczego determinizmu już podejmą dyskusje nie wychodzą poza pełne wyższości: „z pustego i Salomon nie naleje" i pouczają nieszczęsnego dyskutanta, że Polska to nie Kuwejt.

Aby móc mówić o problemie sfery ubóstwa muszę przypomnieć dwa pojęcia, które nie są wcale tak popularne jak inflacja, deficyt budżetowy, czy wzrost Produktu Krajowego Brutto. Jedno to tak zwana relatywna granica ubóstwa, której wysokość określa się jako połowę wydatków ponoszonych na jedną, osobę, w przeciętnym gospodarstwie domowym. Taka właśnie relatywna, czyli odniesiona do poziomu życia całego społeczeństwa, granica ubóstwa w 1998 roku wynosiła 351 zł miesięcznie na osobę żyjąca samotnie i 948 złotych na rodzinę złożoną z dwojga dorosłych i dwojga dzieci (za rok 1999 brak jeszcze danych).

Inną granicę, którą można chyba uznać za granice skrajnego ubóstwa, stanowi tzw. minimum egzystencji ustalane na podstawie koszyka produktów i usług pozwalającego na biologiczne przetrwanie. "Koszyk ten obejmuje skromne wyżywienie, utrzymanie bardzo małego mieszkania (???) uzupełnienie najbardziej podstawowych artykułów gospodarstwa domowego i bielizny osobistej, leki (???) oraz potrzeby związane z wykonywaniem obowiązku szkolnego" - jak wyjaśnia GUS i wynosił w 1998 roku dla pojedynczej osoby 251 złotych, dla rodziny 2 + 2 - 684 zł, Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak za 251 złotych można zapewnić biologiczne przetrwanie jednej osoby w tym mieszkanie i leki, ale to osobna historia.

Problem polega na tym, że procent ludności żyjącej poniżej wspomnianych progów ubóstwa w ostatnich łatach przyrasta. I tak: poniżej minimum egzystencji w roku 1996 żyło 4,3% ludności, w roku 1997 - 5,4%, w roku 1998 - 5,6% (czyli jeden na osiemnastu obywateli) . Poniżej progu relatywnego ubóstwa w roku 1995 żyło 12,8% ludności, w roku 1996 - 14%, a w 1998 15,8% (co 6 obywatel). Co prawda dynamika wzrostu ubóstwa została w latach 1997 -1998 zahamowana (nowa koalicja), tym niemniej nie sądzę, aby lata 1999 i 2000 przyniosły zmianę tendencji.

Swoją drogą fakt, że wzrost w 97 roku o prawie 25% liczby ludzi żyjących poniżej minimum egzystencji, nie wywołał ani specjalnego szumu w mediach, ani szerokiej społecznej dyskusji, świadczy o tym jak małą wagę przywiązują elity do narastającego problemu stratyfikacji. Problemu tego może i nie należało by dramatyzować, gdyby nie to, że w niektórych grupach społecznych przybiera rzeczywiście niebezpieczne rozmiary. Tak więc 42,2% osób żyjących w rodzinach z czwórką i większą liczbą dzieci funkcjonuje poniżej progu relatywnego ubóstwa, a 20,4% (co piąty) poniżej progu egzystencji. Nie sądzę, aby sławne ulgi rodzinne zmieniły tę sytuację chociażby o 0,5%. Wśród bezrobotnych 48% żyje poniżej progu relatywnego ubóstwa i 26,2% poniżej minimum egzystencji. Małżeństwa z czworgiem i więcej dzieci to stosunkowo niewielka populacja, bezrobotni to już około 1.300.000 ludzi, a pozostaje jeszcze wieś.

Na wsi co czwarty obywatel (24,9%) żyje poniżej minimum relatywnego ubóstwa, a jeden na jedenastu (9,1%) w warunkach skrajnej nędzy. Patrząc na te dane ośmielę się więc postawić niepopularną tezę, że to nie niegodziwości Leppera, ale polityce społecznej państwa zawdzięczamy w większym stopniu blokady na drogach.

Warto przy tym zauważyć, że ktoś utrzymujący się na poziomie minimum egzystencji i tak i tak musi z otrzymywanej kwoty około 3000 zł rocznie odprowadzić około 200 zł z tytułu podatku od osób fizycznych. Taką sytuację znal dobrze Adam Smith, który przestrzegał, że „poddani powinni przyczyniać się do utrzymania rządu w jak najściślejszym stosunku do ich możliwości" Na poziomie minimum egzystencji takich możliwości nie ma i dlatego należałoby się zastanowić nad rozszerzeniem strefy dochodów nie objętych podatkiem.

Odbieranie podatku od tych, którzy nie są go w stanie zapłacić, aby oddać go następnie w postaci zasiłku socjalnego, ma niewiele wspólnego z racjonalnym systemem podatkowym. Zdaję sobie sprawę, że trudno takiej rewolucji dokonać w ciągu jednego roku podatkowego, ale wydaje mi się, że rozszerzenie strefy wolnej od podatku winno być jednym z elementów długofalowej strategii reformy podatkowej. Fakt, że system podatkowy w Polsce jest niezmiernie skomplikowany poprzez rozbudowaną kazuistykę i z całą pewnością wymaga uproszczeń, między innymi poprzez ograniczenie ulg. Jednakże ograniczenie ulg i zmniejszenie progresji podatkowej w stosunku do warstw lepiej sytuowanych nie może się spotkać z szeroką akceptacją społeczną.

W takiej sytuacji niczym nie poparta argumentacja, że jeśli podatek od osób fizycznych zostanie zmniejszony z 40% na 36% potem na 35% i wreszcie na 28%, to w ten sposób zwiększy się liczba miejsc pracy, co następnie zapobiegnie biednieniu społeczeństwa, jest po prostu demagogią. Nie ma realnych przykładów, które dowodziłyby, że zamożni przeznaczą swoje osobiste nadwyżki na inwestycje, a nie na konsumpcję. W dodatku, gdy w skali całej gospodarki, podstawowe środki inwestycyjne kierowane są na modernizację, a wiec często likwidację miejsc pracy, to odbudowywanie ich przy pomocy obniżenia podatku dla najlepiej zarabiających jest po prostu śmieszne. Trzeba sobie wreszcie zdać sprawę, że żyjemy już prawie w XXI wieku i narastające bezrobocie jest ceną modernizacji. Uruchamianie w pełni zautomatyzowanych linii produkcyjnych jest ekonomicznie zawsze bardziej opłacalne niż zatrudnianie setek pracowników. Jeśli w ciągu 20 lat w zachodniej Europie nie przybyło ani jedno miejsce pracy netto, to trzeba na zagadnienie bezrobocia spojrzeć dużo poważniej niż się to u nas czyni.

Na pewno dużo skuteczniejszym rozwiązaniem w ograniczaniu bezrobocia jest pobrzmiewający w sferach rządowych pomysł uelastycznienia umów o pracę, a więc sprowadzenia ich de facto do poziomu swobodnych umów cywilno - prawnych. Chcesz pracować 48 godzin tygodniowo - proszę bardzo, chcesz korzystać z 14 dni urlopu - doskonale, po co płaca minimalna - bierz ile ci dają, po co okres wypowiedzenia - zlikwidować lub na początek ograniczyć. Argumentuje się, że w Stanach Zjednoczonych elastyczność umów o pracę doprowadziła w okresie ostatnich 20 lat do stworzenia nowych 38 milionów miejsc pracy. Zwolennicy takich rozwiązań zapominają jednak dodać, że odbyło się to kosztem narastającej stratyfikacji społeczeństwa. W latach 1973 - 1995 w USA, mimo przyrostu produktu krajowego brutto na mieszkańca o 36%, realne płace ponad trzech czwartych zatrudnionych mężczyzn spadają, przy czym w grupie 40% najniżej zarabiających aż o ponad 20%. Dziesięcioprocentowy przyrost płac realnych zaobserwowano jedynie wśród 20% najlepiej uposażonych. Wzrost płac dotyczył jednak w pierwszym rzędzie stanowisk kierowniczych i wśród 500 najlepiej zarabiających naczelnych dyrektorów płaca kształtowała się w wysokości od 35-krotności do 157-krotności przeciętnych płac pracowniczych. Jak z tego jasno wynika, nowe miejsca pracy powstają przede wszystkim w wyniku konkurencji na rynku pracy i obniżenia uposażeń pracowników nie pełniących funkcji kierowniczych.

Z automatem nikt nie jest w stanie konkurować i wraz z modernizacją gospodarki liczba ludzi zbytecznych na rynku pracy będzie nieubłaganie rosnąć. Nawet gdybyśmy osiągnęli stopień elastyczności stosunków pracy opisany przez Karola Marksa w „Dziejach klasy robotniczej w Anglii" to i tak całkowicie wolny rynek pracy nie zapewni nam pozytywnego rozwiązania problemu, a jedynie stworzy zagrożenie głęboką destabilizacją. Czyżby to o takich zagrożeniach myślał pan Piskorski i wspierający go posłowie, kiedy proponował ograniczanie istniejącej wolności zgromadzeń? Na marginesie warto zauważyć, że w początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy spadek realnych dochodów ludności osiągnął poziom prawie 30%, obecnie obowiązująca ustawa o zgromadzeniach była wystarczająca dla zapewnienia porządku, natomiast dziś w epoce coraz większej szczęśliwości już nie. Widocznie nie samym chlebem żyje człowiek. Praca jest jednym z elementów konstytuujących człowieczeństwo i daleko wykracza poza funkcje wyłącznie ekonomiczne. Dlatego też poszukiwanie rozwiązania problemu jedynie w sferze gospodarczej musi być skazane na porażkę.

Jedynie zharmonizowanie rozwiązań gospodarczych i mądrej, dalekowzrocznej polityki społecznej może przynieść rezultaty. Kto i z czego ma ją finansować? Niewątpliwie społeczeństwo poprzez ograniczenie konsumpcji. Być może za mieszkanie w kraju stabilnym i nierozdartym przez skrajne różnice społeczne warto coś zapłacić? W końcu każdy się zgodzi, że przyjemniej i zwłaszcza bezpieczniej na przyszłość jest mieszkać w Danii, niż w Brazylii, zaś kluczem do równomiernego rozwoju jest między innymi powszechny dostęp do jak najlepszej edukacji i otwarte, drożne kanały społecznego awansu. Trzeba też pamiętać, że żyjemy w czasach rozbuchanej i propagowanej konsumpcji, a wielka rozbieżność pomiędzy wciąż wzbudzanymi pragnieniami, a marną rzeczywistością tworzy cieplarniane warunki dla rozwoju zachowań patologicznych i wszelkiej przestępczości. Nie chcę przez to powiedzieć, że możemy zbudować państwo powszechnej szczęśliwości, w którym, przestępczość właściwie zniknie. Chciałbym tylko podkreślić, że szeroka aprobata dla postaw konsumpcyjnych w połączeniu z hodowaniem „kieszeni" biedy, to prosta recepta na kłopoty. Jest banałem stwierdzanie, że państwo demokratyczne nie może i nie powinno sztucznie zapewniać równości wszystkich obywateli we wszystkich dziedzinach, ale z pewnością musi dbać o jak najrówniejsze szanse. W tej sprawie może i powinno prowadzić aktywną i pomysłową politykę.

Myślę, że te proste prawdy powinny być bliskie tym, którzy mają na sztandarze „Solidarność" i powołują się na społeczną naukę Kościoła, dziwi tylko dlaczego tak trudno je odczytać z prowadzonych działań.

Zbigniew RomaszewskiSenator RP

 

Copyright 2011 © Bobartstudio.pl
Autorzy: Pawł Piekarczyk, Szymon Zaleski, Marcin Sadłowski, Adam Bielański
Fot.: Erazm Ciołek, Jarosław M. Goliszewski, Kazimierz Kawulak, Krzysztof Mazur, Paweł Piekarczyk, Tomasz Pisula, Anna Wdowińska